Newsletter

Podaj swojego maila a prześlemy Ci najświeższe informacje o konferencjach, konkursach i nowościach!

Imię i Nazwisko:

Email:

Przeczytaj zasady

Posty i Tosty. Dla zniecheconych odchudzaniem i poszeczeniem.

Ewa Awdziejczyk
Posty i TOSTY
Dla zniecheconych odchudzaniem i poszeczeniem.

(fragmenty)

Jedzenie i odchudzanie. Całe nasze życie, zwłaszcza zaś życie kobiety, to pole ich walki o władzę. Kiedy wygrywa jedzenie, pochłaniamy jego ogromne ilości, skupiając się na zmysłowej rozkoszy, jaka płynie z kosztowania przysmaków, na radości, jaka towarzyszy wspólnym posiłkom, w gronie miłych nam osób, rodziny, przyjaciół, znajomych. Celebracja tej radości jest wtedy najważniejsza. Jeśli jednak w naszym życiu nie ma miejsca na jakakolwiek aktywność fizyczną, nasz organizm zostaje postawiony w sytuacji ekstremalnej. Nie potrafi zamienić tak dużej ilości kalorii na energię więc zamienia je na tłuszcz. Rośnie brzuch, znika talia, nogi przestają być smukłe, ciało nabiera pełnych kształtów. Waga z przyjaciela zamienia się we wroga, z niechęcią, a z czasem z nienawiścią spoglądamy w lustro. I wtedy jak spod ziemi zjawia się dieta. Tak jakby tylko na to czekała. Roztacza cudowne perspektywy: wystarczą 3, 5, 7, 13 dni, a Twoje ciało znowu stanie się smukłe i piękne. Zaczyna się  niewinnie, od bardzo przyjemnego rozstania  się z kilkoma kilogramami. I czasem na nich się kończy. Ale coraz częściej pierwsza dieta to początkowa stacja na drodze do anoreksji, bulimii, kompulsywnego jedzenia, powstania nadwagi, otyłości albo przeciwnie wychudzenia, choroby i śmierci (...)


Oddam ciało w dobre ręce, czyli kilogramy na sprzedaż

Nikt nie ma wątpliwości, iż czujemy się coraz gorzej kiedy z jakichś powodów zaczynamy tyć. Każde spojrzenie w lustro, odbicie w wystawie sklepowej, a nawet w ekranie  monitora, powoduje pojawienie się negatywnych myśli na swój temat. Konsekwencją bezpośrednią tych myśli jest obniżenie dobrostanu, pośrednią zaś spadek poczucia własnej wartości. Nasza psychika próbuje się przed tym stanem bronić. Jednym ze sposobów  zlikwidowania albo zmniejszenia dysonansu poznawczego, którego w takiej chwili doświadczamy, jest oddzielenie się od ciała. Skoro ono nie jest moje (bo nie jest takie, jakiego pragnę), to nie muszę się przejmować jak wygląda. Mogę spojrzeć na nie bez emocji i poszukać dobrego rozwiązania, przede wszystkim zaś skorzystać z własnego albo cudzego doświadczenia. Zaczynam pytać jak radziła sobie z pojawieniem się dodatkowych kilogramów mama, siostra, koleżanka. Jaką słyszę odpowiedź: zaczynała dietę. Dzwonimy do przyjaciół, znajomych, wchodzimy do internetu i zaczynamy szukać diety odpowiedniej dla nas. Podświadomie już ustaliliśmy jej kryteria. Odchudzanie ma trwać krótko i przynieść jak najbardziej spektakularne efekty. Najczęściej nasz wybór pada na „dietę cud”, która obiecuje, że już po tygodniu będziemy ważyć kilka kilogramów mniej.


Biorąc pod uwagę, że utrzymanie wagi to kwestia fizjologii człowieka, a wpływ na to ma od 400 do 600 genów, wymyślenie diety, która jest odpowiednia dla każdego rzeczywiście zakrawa na cud. Mimo to przepisując od przyjaciółki wskazówki do diety piąstkowej albo drukując dietę widelcową, wierzymy, że ten cud się stanie. Zaczynamy z wielkim entuzjazmem. Drastycznie zmniejszamy ilość spożywanego jedzenia. Chodzimy głodne, ale ponieważ waga rzeczywiście spada, czujemy się fantastycznie, a światu z dumą prezentujemy nową sylwetkę. Koleżanki gratulują, znajomi nie poznają na ulicy, a my możemy wreszcie kupić sukienkę, która była za ciasna jeszcze tydzień temu. Niestety, kiedy mija ostatni dzień diety, wracamy do poprzedniego sposobu odżywiania. Po tygodniu, czasem po dwóch, waga staje, sukienka już nie zapina się tak swobodnie, a potem dzieje się coś strasznego. Któregoś dnia, ku naszemu wielkiemu zdumieniu, waga zaczyna wskazywać cyfrę większą od tej, z którą zaczynaliśmy odchudzanie! W taki sposób po raz pierwszy dowiadujemy się o zjawisku zwanym efektem jo-jo. Określenie  pochodzi od małej piłeczki na gumce, która odbita, szybko wraca do gracza. Nazwa zabawna, zjawisko dużo mniej. Skąd się bierze, jaki jest mechanizm jego powstania?


Każda dieta to bitwa, którą staczamy z naszym organizmem. Zaczynamy od zmniejszania ilości jedzenia. Bo przecież głównie na tym polega większość diet. Nasza dieta staje się  mniej urozmaicona, brakuje w niej wielu produktów. Czujemy głód a organizm jest wstrząśnięty i nie rozumie, co się dzieje. Na początku nie reaguje, pracuje jak wcześniej, spala wszystko, co mu dajemy. A my chudniemy. Dieta działa. Kiedy ją kończymy, wskaźnik wagi pokazuje minus 3, 4, a nawet 5 kilogramów. Organizm nie wychodzi z szoku,  ma jednak nadzieje, że to ograniczenie było tylko chwilowe, i że za chwilę minie. I ma racje. Dieta kończy się, a my zaczynamy jeść normalnie czyli więcej. Nasz organizm jednak nie wie, że to już koniec odchudzania i nadal spala tyle, ile w czasie diety. Dostaje więcej,  nadwyżka odkłada się w biodrach, w talii, na udach. To zapas na ciężkie czasy, na czasy głodu, którego nasz organizm doświadczył po raz pierwszy. Ciało  postanawia zabezpieczyć się na wypadek powtórzenia sytuacji. Po pewnym czasie, niezadowolone z powrotu kilogramów i ze swojego wyglądu, zaczynamy kolejną dietę. Najczęściej wybieramy inną,  uznając, że poprzednia się nie sprawdziła. Wtedy wyrzuciłyśmy z diety produkty zawierające węglowodany, teraz zdecydowałyśmy się  nie jeść niczego z tłuszczami. Zaskoczony organizm  ponownie zastanawia się , skąd taka zmiana. Czasem zagubiony spala wszystko, a my znowu chudniemy, jesteśmy szczęśliwe i mówimy: nareszcie mam dietę, która działa. Zdarza się tak, że zagubiony nie robi nic i nie spala nawet części tego, co mu dostarczamy. Może się zdarzyć, że  mimo wyrzeczeń waga nie spada,  a przynajmniej nie tak szybko jak byśmy sobie tego życzyły. Przerywamy więc odchudzanie przed planowanych końcem. Organizm łapie oddech i myśli: „teraz już tak łatwo nie dam się podejść, odłożę każdą najmniejszą kalorie!”. I tak właśnie się dzieje. My wracamy do starych zwyczajów i nawet nie jemy dużo więcej niż podczas diety, a wskaźnik wagi pokazuje coraz wyższe liczby! Cóż, nasz bardzo mądry organizm, realizuje plan awaryjny: zapasy na wypadek głodu i wojny. Teraz już wie, jest wręcz pewny, że przed nim kolejna bitwa, może nawet kilka. I nie myli się.


Wiele kobiet stosuje diety przez całe swoje dorosłe życie. Większość historii związanych z odchudzaniem zaczyna się od wyznania: „stosowałam już chyba wszystkie możliwe diety, jakie są na świecie. Mogę śmiało wręcz przyznać, że jestem ekspertem od diet. Znam tysiąc, wypróbowałam sto, żadna nie działa. Coś musi być nie tak z tym dietami albo ze mną”. Nie możemy dojść do wymarzonej sylwetki z kilku powodów. Jednym z nich jest odchudzanie tylko poprzez dietę. Przede wszystkim w konsekwencji wielokrotnego, regularnego ich stosowania, przemiana materii ulega znacznemu spowolnieniu. A to właśnie ona napędza spalanie kalorii z pożywienia i dostarcza organizmowi odpowiednią ilość energii do prawidłowego funkcjonowania wszystkich układów i narządów. Naukowcy wyróżnili  4 typy metabolizmu: A, B, C i D. Osoby z najwolniejszym metabolizmem C i D, sami mówią o sobie, że „tyją od wody” i choć to metafora jest bliska rzeczywistości. U takich osób dieta odchudzająca musiałaby się zacząć nie od 1000 czy 1200 kcal, jak to się bywa zazwyczaj, ale od 700, a nawet 400 kalorii dziennie. Oczywiście jest to poniżej dopuszczalnego progu i nie zgodzi się na to żaden myślący lekarz, dlatego w przypadku takich osób proces tracenia zbędnych kilogramów  zaczyna się nie od diety, ale od ruchu. Udowodniono bowiem, że spadek 10 procent wagi w wyniku aktywności fizycznej powoduje przyspieszenie przemiany materii o dokładnie taki sam procent. To dlatego najgrubsi chudną najwięcej i najszybciej. Najczęściej też regularny wysiłek fizyczny powoduje poprawę samopoczucia psychicznego, a ono jest jednym z gwarantów tego, że ograniczenia dietetyczne, przed jakimi teraz staniemy, nie zostaną zarzucone.


Krótkie diety, tak zwane diety cud, od początku cieszyły się wielkim powodzeniem a ich popularność nie mija. Zawsze znajdzie się dziewczyna czy kobieta, która o pozbyciu się kilku kilogramów pomyśli na tydzień przed ślubem, wyjazdem, randką, i sięgnie np. po dietę bikini Victorii Principal (aktorka gwarantuje od 2 do 4 kg mniej w ciągu zaledwie 7 dni). Poza tym dieta to najbardziej dostępny i najtańszy ekspert od odchudzania, trudno nie skorzystać z takiej okazji, zwłaszcza kiedy potrzeba jest pilna,  a cel gwarantowany. Kiedy podejmujemy decyzję o tym, by schudnąć poprzez trzymanie się reguł wyznaczonych przez dietę, po raz kolejny odcinamy się od naszego ciała i zamykamy się na jego potrzeby. Przestaje być ważne, że nie lubimy gotowanej marchewki, i grzecznie jemy ją na obiad, bo tak nakazuje dietetyczny plan dnia. Gotujemy mięso bez soli i na parze, a potem krzywiąc się w niesmaku, zjadamy pokornie, myśląc jednocześnie, jak chętnie w tej chwili zjadłybyśmy dokładnie tak samo przyrządzoną… rybę. Niestety, nie można, dziś w programie naszej diety ryba nie występuje. Pierwsza dieta trwa zazwyczaj krótko, a po jej skończeniu na nasz talerz wraca ulubiona sałatka z kurczaka i ananasów. Jednak jeśli mamy za sobą wiele diet, z czasem zapominamy, co same naprawdę lubimy i czy jemy soczewicę dlatego, że jej smak naprawdę nam odpowiada, czy dlatego, iż kiedyś była elementem diety i podobno jest zdrowa? Ta sytuacja przypomina historie opowiedzianą w filmie Uciekająca panna młoda. Bohaterka, grana przez Julię Roberts, po kilku nieudanych związkach zdecydowała się nie wchodzić w kolejny, póki nie dowie się, czego naprawdę pragnie. Drogę do siebie zaczęła od przygotowania jajek na kilkanaście różnych sposobów. Wcześniej jadła je w sposób narzucany przez partnera i nie jest pewna , który rodzaj podania jajek lubi najbardziej. Podobny sytuacja zdarza się, kiedy  żyjemy  według diet. Z czasem to one zaczynają kształtować nasz gust i smak, determinują zakupy i sposób odżywiania. W tym wszystkim jest coraz mniej nas samych, aż w końcu przestajemy się liczyć zupełnie.


Nie znając swoich potrzeb, użytkując ciało, które staje się jakimś odrębnym bytem, według nas grubym, nieładnym, nieposłusznym, coraz mniej mamy dla niego sympatii, życzliwości, a coraz częściej budzi ono w nas niechęć, złość i irytacje. Nadal jednak nie odpuszczamy i próbujemy je podporządkować, zmusić by było idealne, na nasza miarę. W którymś momencie przestajemy wierzyć, że damy same z nim radę. Historia naszego odchudzania jest dowodem na to, że nie panujemy nad własnym ciałem, dlatego władze nad nim postanawiamy oddać innym. Tym,  którzy, w przeciwieństwie do nas, wiedzą, jak ciałem rządzić. Zaczynamy od poszukania specjalisty od diet. Nie powinniśmy mieć najmniejszego problemu z dotarciem do niego, ponieważ dietetyka to jedna z najbardziej dynamicznie rozwijających się nauk współczesnych, a dietetyk stał się popularnym i bardzo pożądanym zawodem. Każde centrum odchudzania zatrudnia eksperta od żywienia, ale znajdziemy go też w każdym większym ośrodku zdrowia, nie mówiąc już o wirtualnej przestrzeni, gdzie takich ogłoszeń jest mnóstwo. Możesz otrzymać swoją dietę bez wychodzenia z domu i spotykania się ze specjalistą.


Odchudzanie z dietetykiem jest fantastycznym doświadczeniem i od samego początku wydaje się być pasmem przyjemności. Zaczyna się od szczegółowego wywiadu, podczas którego czujemy się jak prawdziwe gwiazdy. Dietetyk pyta, co lubimy, a czego nie znosimy, skrupulatnie zapisuje wszystko, żeby w naszym menu nie pojawiły się brukselki i seler. Odnotuje z taką samą uwagą, że w piątki przychodzą do nas goście i nie można się bawić tak zupełnie bez alkoholu. Specjalista ze zrozumieniem przyjmie informację, że nie przepadamy za ruchem, że już w szkole podstawowej nie lubiłyśmy zajęć z wychowania fizycznego. Naturalnie jesteśmy gotowe pójść na pewne ustępstwa i na przykład zgodzimy się na okazjonalną obecność papryki w diecie, choć za nią nie przepadamy. Zdajemy sobie jednak sprawę z tego, że ma ona sprawdzone działanie odchudzające. I tak w miłej i przyjemnej atmosferze rozmowy z bliską, rozumiejącą nasze potrzeby osobą, mija nam godzina. Żegnamy się z dietetykiem i umawiamy się na kolejną wizytę za tydzień, podczas której otrzymamy jadłospis ułożony tylko dla nas, uwzględniający nasze upodobania i niechęci. To jest właśnie prawdziwa dieta cud. Rezerwujesz kolejna datę w kalendarzu dietetyka i zadowolona wychodzisz ze swoim własnym menu. Czas pomiędzy spotkaniami mija bardzo przyjemnie. Dzięki diecie poznałaś nowe produkty, posmakowałaś nowych potraw, a dodatkowo spódniczka stała się jakby luźniejsza. Po tygodniu śmiało wchodzisz na wagę u dietetyka pewna, że wskaźnik pokaże mniej. I tak jest rzeczywiście. Lekarz gratuluje, wręcza plan żywieniowy na kolejny tydzień, wystawia rachunek. W drugim tygodniu już nie jest tak radośnie. Zauważasz, że ochotę masz tylko na część z zaproponowanych produktów, część zaś pomijasz, bo nie lubisz i masz nadzieję, że tym sposobem schudniesz więcej. Podczas trzeciej wizyty już nie jesteś taka radosna, a moment wejścia na wagę próbujesz odłożyć jak najdalej. I rzeczywiście, waga przestała być twoją przyjaciółką. Wychodzisz z kolejną dietą, która wcale nie wydaje Ci się taka wspaniała i tak bardzo Twoja.   Jeszcze wieszasz ją na lodówce, jeszcze planujesz zakupy mając ją przed oczami, ale entuzjazmu jest w tobie coraz mniej. Poza tym zaczyna cię męczyć jeżdżenie po mieście w poszukiwaniu niektórych produktów zalecanych przez dietę. W pobliskim sklepie bez trudu kupiłabyś produkty na zdrową, niskokaloryczną sałatkę, a zamiast tego tracisz godzinę  w korkach w drodze do innego, gdzie można kupić papier ryżowy. Według twojego nowego menu dziś na kolację powinnaś zjeść wegetariańskie sajgonki. Większość kobiet odchudzających się pod opieką dietetyka kończy współpracę po trzech tygodniach. Jakie są tego główne powody? Zaproponowana dieta z czasem wydaje się nam coraz bardziej monotonna. To prawda, że są w niej ulubione tortille z kurczakiem, ale są też potrawy, które nie są bliskie naszemu podniebieniu. Jemy lubianą sałatkę z sera białego i pomidorów posypaną ziołami prowansalskimi, ale na którą nie mamy w tej chwili ochoty. Dziś wolałybyśmy zjeść też zdrowe pieczone ziemniaki z koperkiem, ale nie możemy, bo nie ma ich w programie. Może będą za tydzień. To zależy od tego, co nakaże dietetyk. Może uda nam się wynegocjować te ziemniaki. Do naszej świadomości dociera, że mamy niewielki albo żaden wpływ na to, co jemy. Ktoś inny decyduje o zawartości naszego talerza, a przekonanie, że to my wybieramy, okazuje się złudne. Co robimy dalej?


Dajmy szansę kolejnemu ekspertowi, bo sobie nadal nie ufamy. Wybieramy jeszcze lepszego, takiego, który nie tylko ułoży dla nas dietę, ale też zrobi zakupy, ugotuje, poda do stołu. Wystarczy jeden telefon. Zdrowe posiłki, zawierające odpowiednią ilość kalorii, minerałów, witamin, specjalistyczna firma dostarczy bezpośrednio do Twojego biura, niemalże zaniesie do biurka. Pierwsze dni są fantastyczne. Próbujesz nowych smaków, odkrywasz nowe potrawy, cieszysz się, że nie musisz myśleć o zakupach, gotowaniu, planowaniu posiłków. Porcje wydają Ci się trochę małe, więc czasem ratujesz się jakimś ciasteczkiem. W rezultacie, mając poczucie bycia na diecie, nie chudniesz. Zaczynasz się zastanawiać, jaki to ma sens. Odmawiasz sobie przysmaków, które lubisz, żyjesz na lekkim głodzie, a ciało nie odpowiada na takie poświecenie szczupłością? Przestajesz zamawiać obiady do biurka i znów wracasz z pracy z zakupami, ale jednocześnie myślisz o tym, jak zjeść pysznego kurczaka z rożna i nie przytyć ani grama? Wieczorem szperasz w internecie albo dzwonisz do przyjaciółek. Po godzinie znajdujesz rozwiązanie dylematu: tym razem tabletki odchudzające będą Twoim wybawieniem. Jest kilka ich rodzajów. Jedne zablokują przyswajanie  przez organizm tłuszczu z potraw i  w formie niestrawionej zostanie on wydalony na zewnątrz. Dzięki temu nie zamieni się w oponkę na brzuchu, może jednak spowodować biegunki tłuszczowe. To sprawa drugorzędna, ważniejsze jest, że dzięki kapsułkom żadne jedzenie nie trafi na listę zakazaną. Będzie można jeść wszystko bez obaw o przytycie, a może nawet przy okazji trochę schudniemy. Substancja aktywna obecna w innym leku (sybutramina) działająca na neuroprzekaźniki w mózgu spowoduje, że szybciej poczujemy nasycenie posiłkiem i dzięki temu mniejsze ilości pokarmu zaspokoją głód. Ich skutki uboczne to także zakłócenia snu, wzrost drażliwości, napięcie, suchość w ustach a samopoczucie psychiczne ulega pogorszeniu. Póki co, jest doskonale. Mamy przed sobą perspektywę odchudzania bez wyrzeczeń i głodowania. 


Jest jeszcze jedna grupa specjalistów od naszej diety. To nasi ulubieńcy, gdyż pozwalają nam jeść niezdrowe rzeczy w przekonaniu, że odżywiamy się właściwie, a może nawet wspieramy zdrowie. Działają zgodnie, jak jeden organizm. Marketing i reklama. Szybko się zorientowali, jak bardzo są dziś potrzebni.  Podarowali nam wagę, która podaje ilość tkanki tłuszczowej, liczy kaloryczność przygotowywanych potraw,  krokomierze odnotowujące każda postawiona stopę. Absolutne minimum:  9 tysięcy kroków dziennie. Określenie light, dietetyczny, piszą nawet na ciastkach.  Podają cenne zdrowotne informacje, na przykład, że niektóre cukierki zawierają witaminy, płatki śniadaniowe minerały, soki owocowe wapń, a chipsy zioła, które podobno poprawiają nastrój. Niezadowolenie z własnego wyglądu zasila konta producentów z wielu różnych dziedzin. To dzięki dyskomfortowi, jaki odczuwamy spoglądając  w lustro, doskonale funkcjonuje przemysł dietetyczny, farmakologiczny, fitnessowy i kosmetyczny. Przyjęliśmy za pewnik słowa, że nasza skóra nie będzie  doskonała, bez  nawilżenia od wewnątrz (kapsułki) i od zewnątrz (kremy, żele, balsamy). Podręczna kosmetyczka podróżna współczesnej kobiety waży średnio 4 kilogramy.


Dieta, ćwiczenia, kosmetyki. Doskonali eksperci, niestety pracują zbyt wolno bo nas interesują tylko wyniki błyskawiczne. Cywilizacja odchudzania ma jednak eksperta od spektakularnych efektów.  Ile czasu jesteś skłonna poświecić dla swojego ciała? Weekend. Co można poprawić w tak krótkim czasie? Wszystko. Odessać tłuszcz z brzucha, ud, podbródka. Pozbyć się zmarszczek. Wyjąć żebro, jedno albo dwa, i uzyskać szczuplejsza talię. Wprowadzić trochę silikonu pod skórę i wyrzeźbić piękniejsze pośladki. Moda na chirurgię plastyczną zaczęła się w latach dziewięćdziesiątych. Początkowo zabiegów dokonywano dyskretnie, a efektów nie komentowano, zwłaszcza publicznie. Podczas ostatnich kilku lat dokonała się prawdziwa rewolucja w tej dziedzinie. Liczba zabiegów chirurgii plastycznej, jakimi poddaje się tylko amerykańska młodzież, wzrosła 2,5 krotnie. W Polsce znany jest  przypadek chłopca, który na Pierwszą Komunię zażyczył sobie (i dostał!) nowy, mniejszy, zgrabniejszy nos. Na świecie, zwłaszcza w USA, Europie Zachodniej, nikogo już specjalnie nie dziwią większe piersi z okazji 18 urodzin, szczuplejsza talia w ramach nagrody za ukończenie uczelni, odsysanie tłuszczu z brzucha jako prezent z okazji rocznicy ślubu.  Francuski chirurg plastyczny, Cedric Kron, powiedział, że nastolatki przychodzą kupić sobie nowe piersi niczym kostium kąpielowy.  Na lifting piersi czy korektę brzucha decydują się już nie tylko gwiazdy. Zdarzają się kobiety, które sprawiają sobie nowy biust, jako prezent dla męża na 25 rocznicę ślubu. Pojawił się także nowy rodzaj turystyki: wyjazdowa chirurgia plastyczna. Jeśli marzymy o latynoskich pośladkach w stylu Jenifer Lopez powinniśmy udać się na Dominikanę. Coraz więcej kobiet po czterdziestce zapytana o powód liftingu twarzy, odpowiada, że chce zmniejszyć różnice pomiędzy tym, ile ma lat, a na ile się czuje.  Ciało starzeje się za szybko w stosunki do psychiki – mówią. Niedobre ciało, trzeba je poprawić.


Konfucjusz uważał, że wszelkie próby zniekształcenia swojego ciała to nic innego jak plucie w twarz swoim przodkom. A kiedy w 1898 roku dr Jacques Josepha, pionier operacji plastycznych, dokonał pierwszej w Europie udanej operacji zmniejszenia nosa, z obawy przed ewentualnym potępieniem przekonywał Berlińskie Towarzystwo Medyczne, że „ta przełomowa operacja nie była kaprysem próżnego pacjenta. Miała charakter prawdziwie medyczny, bo wyleczyła go z psychicznego załamania, na które zapadł z powodu nieproporcjonalnego nosa”. Co leczą współczesne kobiety sprawiając sobie ładniejszy nos, większe piersi, szczuplejsza talie czy niskie poczucie wartości?


Zatraciliśmy wiele naturalnych umiejętności. Nie umiemy zdrowo jeść, potrzebujemy dietetyka, który nam powie, co i w jakiej ilości, a nawet w jakiej kolejności przyswajać. Ruch fizyczny, tak naturalny dla człowieka od zawsze, stał się umiejętnością, której na nowo się uczymy. Naturalnie pod okiem specjalisty. Sami straciliśmy najpierw z ciałem kontakt a potem szacunek. Kiedy zbuntowało się, zaczęło tyć, starzeć się, być nie w pełni sprawne, zaczęliśmy je nienawidzić, ponieważ sprawiło, że poczuliśmy się źle we własnym ciele.  Lekarze twierdzą, że pierwsze sygnały zwiastujące, że w organizmie dzieje się coś niedobrego pojawiają się na pół roku przed potwierdzoną diagnoza. Gdybyśmy byli z ciałem blisko, moglibyśmy taki sygnał odebrać i odpowiednio wcześnie zareagować. A sygnałów nasz organizm wysyła wiele. Boli nas głowa, brzuch, drętwieją ręce, pojawiają się skurcze w nogach, nie możemy spać, szybciej się denerwujemy. Mamy przecież na nie kilka sprawdzonych sposobów:  tabletki,  używki, seks. Działają szybko i skutecznie. Tyle że nie rozwiązują problemu raz na zawsze, a sygnały znowu wracają, niejednokrotnie dużo silniejsze. Już nie boli nas  głowa, mamy kilkudniową migrenę. Już nie budzimy się kilka razy w ciągu nocy, tylko w ogóle nie możemy zasnąć. Skurcze przestają być okazjonalne, sprawia nam trudność wykonywanie podstawowych czynności, takich jak siedzenie czy chodzenie. Nie możemy pracować, spać, jeść, normalnie funkcjonować. Co wtedy? Zwracamy się do kolejnego specjalisty od naszego ciała, do lekarza, bo przecież wszyscy wiedzą lepiej ode mnie, co moje ciało lubi i czego potrzebuje. Nasze ciało przestało być nasze. Staliśmy się jego tymczasowym użytkownikiem, a klucz do władzy nad nim oddaliśmy innym.

Tekst jest fragmentem książki "
Posty i TOSTY. Dla zniecheconych odchudzaniem i poszeczeniem." autorstwa Ewy Awdziejczyk (Wyd. Znak). Więcej informacji o książce można znaleźć na stronie: http://www.znak.com.pl/

Partnerzy

Polecamy