Newsletter

Podaj swojego maila a prześlemy Ci najświeższe informacje o konferencjach, konkursach i nowościach!

Imię i Nazwisko:

Email:

Przeczytaj zasady

Recepta na sukces

Poniższe teksty pochodzą z konkursu pt. "Recepta na sukces". Mamy nadzieję, że pozwolą Wam na chwilę refleksji i zmotywują do dalszego działania. Jeśli i Wy chcecie podzielić się z innymi swoimi przemyśleniami - napiszcie do Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. !




Edyta Skolimowska
- Przepis na sukces

Składniki:

- Jeden ciekawy  pomysł,
- Cztery szklanki uśmiechu,
- Trzy szklanki wytrwałości,
- Szklanka przyjaźni,
- Pół kilo odwagi,
- Dwie łyżeczki mądrości,
- Cztery kwarty wiary,
- Beczka pewności siebie.

Sposób wykonania:

Pomysł połączyć z wytrwałością i starannie zmieszać z wiarą. Przyprawić dobrocią, mądrością i wyrozumiałością. Dodać przyjaźń i odwagę. Obficie spryskać optymizmem, uśmiechem i entuzjazmem. Wypiekać w słońcu.

Serwować codziennie w obfitych porcjach!!!

 

 

Magdalena Sadowska-Pożycka

Kwiecień 2008

Poroniłam… To nie mogło przytrafić się mi. Tyle bólu, żalu i rozpaczy. Niemej i cichej… Moje marzenia legły w gruzach… Ginekolog powiedział, że moje poronienie mieści się w statystykach. Nie obchodzi mnie to, nie chcę być w żadnej statystyce – chcę mieć jeszcze dzieci. Powiedział też, że mogę spróbować zajść w ciążę już od kolejnego cyklu.

Maj 2008

Skoro jest szansa oczywiście, że z niej skorzystam. A więc przede wszystkim wziąć się za siebie, dobrze się odżywiać i wyłącznie zdrowa żywność! Dużo spaceruję, po kilka godzin. Chcę być w formie. Nie chcę tak żyć jak dotychczas.
Prestiżowe stanowisko: Dyrektor ds. rozwoju, co znaczy: super samochód, służbowe mieszkanie i praca z zakompleksionymi, małymi ludźmi od 8 do 20. Co miałam? Stres, stres, stres… Z synkiem i mężem nie widziałam się całymi dniami.  Czy to jest to o co mi chodziło? Utrata mojego maleństwa boli, ale myśl, że jest szansa pozwala mi wstać rano i zmierzyć się z kolejnym dniem.

Czerwiec 2008

Próbuję skorzystać z szansy.

Lipiec 2008

Udało się. Widzę moje maleństwo na zdjęciu
Coś jednak nie pozwala cieszyć mi się pełnią szczęścia. Piersi przestały rosnąć, jest we mnie takie niepokojące przeczucie.  Moje urodziny - straciłam kolejny raz ciążę…

Sierpień 2008

Myślałam, że gorzej być nie może. Mam jakiegoś polipa i podejrzenie o raka szyjki macicy. Przeglądam w necie wszelkie informacje o polipach, raku i etc. Usunięcie polipa i biopsja. Trzy tygodnie oczekiwania na wynik przeżyłam jak w transie. Dziękuję p. Małgorzacie Kalicińskiej za „Dom nad rozlewiskiem” i „Powroty nad rozlewisko”…

Wrzesień 2008

Urodziłam się na nowo! Będę żyła. Wynik biopsji był w porządku – to jakieś zapalenie. Mój syn chodzi do pierwszej klasy. Jestem z niego dumna. Kocham go i cieszę się, że jest (i tylko nocami nieśmiało mówię sobie przed snem, że fajnie byłoby, gdyby miał rodzeństwo)…

Październik 2008

Przypominam sobie Kaśkę. Miała tylko 40 lat i nagle będąc na wczasach w Chorwacji zmarła na zawał serca. Była sama. Mówiła, że miała taką depresję, że przez kilka tygodni nie wstawała z łóżka. A ja przecież żyję! Jestem! Mam dla kogo!
Mam też pomysł na swoją firmę i umawiam się z grafikiem, aby wymyślić logotyp. Nazwę już mam! Pomysł na firmę jest rewelacyjny. Mam już cały model biznesowy.

Listopad 2008

Planowana data narodzin mojego maleństwa. Wiem, że się zobaczymy.

Marzec 2009

O jakaś fajna konferencja - Akademia Kobiet Sukcesu. To przecież dla mnie. Niestety jestem na liście rezerwowej. Hurra - jednak zostałam zaproszona.
Przyśnił mi się kolejny pomysł na mój własny biznes. Mam też jeszcze jeden, który przyszedł tak nagle w ciągu dnia. Jak ja sobie poradzę z tą ilością pomysłów. Powoli, muszę najpierw zdecydować, czego ja chcę od życia!

Kwiecień 2009

Jestem zadowolona z konferencji. Nabrałam „wiatru w żagle”. Przyszło kilka pomysłów, zapoznałam nowe osoby. Tak chcę do ludzi, chcę się spotykać, rozmawiać, bywać, śmiać się. Mam w sobie tyle energii, że mnie rozpiera! Dowiedziałam się o fajnej rzeczy jaką jest networking i znów coś mi zaświtało w głowie.
Dwa białe gołąbki latały nad moim samochodem, jak zabierałam synka ze szkoły. Nawet on zwrócił na nie uwagę. A zaraz potem przed moim samochodem wylądował bocian. Długo się przyglądaliśmy sobie. Ledwo zdążyłam zahamować. I jak tu nie myśleć o gusłach. 
Udało mi się! Zostałam zaproszona na kolejną edycję konferencji. Zapisałam się też na warsztaty taneczne Sexy Class - może być bardzo interesująco.

Maj 2009

Teraz czas pomyśleć o życiu osobistym. A jest o czym. Podpisuję też umowę z grafikiem i odbieram księgę znaku.


Aleksandra Górska - RECEPTA NA SUKCES


Jeśli ktoś mnie kiedyś spyta:
- Jak się sukces w życiu chwyta?
To odpowiem: nic prostszego!
Wierz, że możesz dopiąć swego.
Patrz na siebie, miast na innych
(i nie szukaj wśród nich winnych),
bo TY tylko masz moc taką,
aby przestać być nijaką.
Rób to, co robić umiesz,
to, co lubisz i rozumiesz.
Rób to dobrze, z wytrwałością
i z uśmiechem, i z radością.
Wtedy sukces przyjdzie sam
(i to nie jest żaden kłam)!
Jeśli spotka cię porażka
pomyśl sobie, że to fraszka!
Zapamiętaj ważne wnioski
i do celu dąż jak moskit :)
Bo tak szkoda się poddawać
i z sukcesem się rozstawać.
Bądź aktywna, walcz o swoje!
Ty to sukces – wiemy to oboje.
Ta świadomość: mogę wszystko!
niech ci zawsze będzie blisko.
A gdy trzeba ci porady
AKaeS ma ich pokłady…
Zapisz się na konferencję
i wyciągnij z niej esencję ;)
Ja ci życzę powodzenia:
ZACZNIJ SPEŁNIAĆ SWE MARZENIA!!!!

 



Magda Jabłońska


To takie proste przecież… recepta na sukces… wiadomo wiara w siebie i wytrwałość w dążeniu do wyznaczonych celów. A jednak ! Im bardziej o tym myślałam, tym temat wydał mi się wielowarstwowy i trudniejszy. To tak naprawdę bardzo osobiste pytanie. Bo odpowiadając na nie, przytacza się część siebie. Mówi się o swym indywidualnym podejściu do życia, o swych wartościach, o swej filozofii. Dla jednych będzie to status materialny, dla innych ilość publikacji, a dla niektórych po prostu dobre życie. Nie można generalizować, to pewne. Dlatego myśląc o tym czym jest sukces, czym jest satysfakcja z życia, można tylko opowiedzieć o sobie…


Tak bardzo chciałam napisać coś odkrywczego, a okazało się, ze każda moja próba sformułowania myśli, ocierała się o banał. Co wieczór siadałam przed pustą kartką i co dzień próbowałam podejść do tematu. Im bardziej się wysilałam, tym bardziej plątałam się we własnych myślach.


Aż w końcu spacerując po parku z dziećmi, gdy słońce pięknie świeciło, a bzy pachniały oszałamiająco, zrozumiałam w czym rzecz.


Zrozumiałam, że dla mnie najważniejszy sukces, to ten dnia codziennego. O tym największym może opowiem kiedyś moim wnukom, gdy w zimowe wieczory będę snuła opowieści z moim życiu. Na razie ważne jest dla mnie, iż co wieczór kładę się do snu ze świadomością dobrze przeżytego dnia. Najcenniejsze jest to, że co dzień pokonuję własne słabości, że planuje dzień, że staram się jak najlepiej go wypełnić, łącząc siebie w roli matki, żony, wspólniczki i swego własnego szefa. Sukcesem jest to, że odnajduję sens w tym co robię i w kierunku, który obrałam. Sukcesem jest to, że po latach nagromadziłam w sobie tyle odwagi, aby robić w końcu to, co lubię. Nie jest łatwo, o nie… Są chwile załamania, bezsilności, gdy praca i rodzina doprowadzają Cię do szału, gdy chcesz uciec, schronić się na odludziu… ale wciąż odczuwam te wspaniałe, podniecające motyle w brzuchu, tę swoistą energię, to przekonanie, że oddycham pełną piersią. Największym sukcesem jest to, że nadal nam w sobie OPTYMIZM. I przekonanie, że wszystko toczy się swoim torem.


I dziś kładąc się spać, pomyślę sobie, że świetne jest to, że:
- udało mi się wstać o 8h30
- punktualnie przybyłam na spotkanie
- odbyłam trudną rozmowę podczas której trzymałam nerwy na wodzy i dystans do sytuacji
- w końcu napisałam ten tekst !


Jedno jest pewne : sukces osiągamy wtedy, gdy czujemy, choć na moment, mało skromną dumę i gdy mamy ochotę po prostu krzyknąć „ I’m simply the best !”. I dodam jedno : warto żyć dla takich chwil… i nieważne czy chodzi o mistrzowskie uprasowanie stery ciuchów, czy o udaną transakcję na giełdzie… Ważne jest to, że dajemy z siebie wszystko !!!


Recepta na sukces? Bądź sobą !!!!

 

Aleksandra Musiał, „Recepta na sukces”

Droga do sukcesu jest niczym wspinanie się w górę po skale, najtrudniej jest zacząć tę drogę, szczególnie gdy robimy to pierwszy raz.Najpierw należy obrać sobie cel. Zależnie od umiejętności może to być pobliska ścianka wspinaczkowa w parku rozrywki, ale mogą to być równie dobrze Rysy. Pamiętajmy jednak aby mierzyć zamiary na siły. Gdy już te siły zbierzemy, należy spiąć mięśnie i mierzyć wysoko, chwytać się każdej możliwości dźwignięcia wyżej. Początkowo każdy wykonany ruch zdaje się być tym ostatnim, dlatego bardzo ważny jest entuzjazm i pozytywne myślenie. Im wyżej jesteśmy, tym bardziej pewne stają się nasze ruchy, a  wizja coraz bliższego osiągnięcia szczytu i adrenalina każe nie poddawać się i walczyć do końca. Musimy jednak zdać sobie sprawę, że niejednokrotnie poświęcimy litry potu i poślizgniemy się, żebyśmy znowu mogły się wspiąć. Nie jest to jednak trudne, gdy zdamy sobie sprawę również z tego, że owe poświęcenie będzie w przyszłości miarą naszego zadowolenia z osiągniętego celu, jakim było dotarcie do szczytu.

 

Od nas zależy jak wysoką i jak stromą skałę wybierzemy, zasada jest jednak zawsze ta sama-nie oglądać się w dół, gdyż grozi to tylko niepotrzebnymi zawrotami głowy, a w najgorszym wypadku spadkiem, a przecież nie chcemy zaczynać podróży od nowa. Nawet gdy zdarzy nam się upadek, nowych sił doda nam stwierdzenie, ze nie ważne ile razy upadamy, a ile razy się podnosimy. Szczęśliwie jednak zawsze możemy liczyć na asekurację i niejednokrotnie to właśnie od wsparcia osób które przyglądają się naszej wspinaczce ku sukcesowi zależy czy osiągniemy go, czy też nie. Jeśli wykażemy się odpowiednimi umiejętnościami współpracy, to pomimo odpadnięcia od skały, będziemy mogły powrócić do miejsca w którym ostatnio zakończyłyśmy naszą podróż. Nie powinnyśmy jednak całkowicie zdawać się na innych ludzi, znane powiedzenie mówi: ‘umiesz liczyć, licz na siebie!’. Im więcej profesjonalizmu wykażemy, tym droga do sukcesu stanie się dla nas łatwiejsza, a pomoc innych-zbędna.



Ewa Karkut - Recepta na sukces, czyli potrawka z marchewki

Sukces w dzisiejszych czasach jest słowem-magnesem, takim trochę magicznym pojęciem. Wszyscy chcą go osiągnąć, wszyscy do niego dążą, jest naszą siłą napędową – naszą codzienną marchewką na kijku. 


To bardzo złożone pojęcie i z pewnością dla każdej z nas oznacza coś innego. Może dotyczyć różnych obszarów naszego życia – sukces zawodowy, sukces wychowawczy, sukces w życiu osobistym… Może warto jednak na chwilę się zatrzymać i zastanowić – kiedy wizja sukcesu mobilizuje nas do działania, a kiedy wywiera na nas presję?


Wiele czasopism, a także telewizyjnych programów dociera codziennie do ogromnej ilości kobiet – dowiadują się z nich jak osiągnąć idealną sylwetkę, jak wychować swoje dzieci, jak rozmawiać z mężczyznami… jak osiągnąć „sukces”. Czy to oznacza, że musimy we wszystkim być perfekcyjne? Czy dopiero stosując się do tych wszystkich wskazówek i spełniając tak wiele wymagań osiągamy „sukces”? Czyj to jest wówczas sukces – nasz własny czy współczesnego świata, kreatora oczekiwań?


Moim zdaniem prawdziwym sukcesem jest zaakceptowanie siebie i uwierzenie we własne możliwości. Doszukując się niedociągnięć i usiłując je wiecznie korygować, w rzeczywistości „rozdrabniamy się” i uzyskujemy efekt odwrotny – wiecznego niezadowolenia z siebie.

Może więc warto przyjrzeć się tej naszej marchewce uważniej.
Po pierwsze - czy nie jest za ciężka? Być może zbyt wiele od siebie wymagamy? Mamy prawo do błędów i niepowodzeń, każde z nich wzbogaca nas o nowe doświadczenie.
Po drugie - może jednak za lekka? Czy na pewno realizujemy się w tym, co robimy na co dzień? Być może drzemie w nas jakiś ukryty potencjał? Wykorzystajmy go, zanim się zakurzy i zniknie!
Po trzecie – czy przypadkiem nie usiłujemy zjeść jej całej na raz? Być może lepiej spróbować małymi kęsami? Smakujmy nasze „drobne sukcesy” – każdy z nich jest krokiem naprzód.

Podsumowując - żeby potrawka z marchewki była nie tylko strawna, ale  i pozytywnie na nas wpłynęła, potrzebujemy sporo wiary we własne siły, równie dużo wiedzy o sobie, szczyptę dystansu do świata (i siebie), trochę umiaru oraz… cierpliwości, tak na oko. Ten przepis, wzbogacony kroplą optymizmu jest uniwersalny – bez względu na to, do czego konkretnie każda z nas dąży. Powodzenia i… smacznego!

 
Zofia Busiakiewicz, Recepta na sukces

„Kefir, jabłka, bułka- ale grahamka, woda i ser, i to chyba tyle na dziś. Sklep mam pod domem. Na jedynce nic, na tvn-ie znowu się sądzą albo kogoś ścigają. Wyłączam. Jutro dzień wolny jakieś plany? Nie ... no może na rower pójdę. „Znalazłam taki tekst w swoim notatniku z przed roku i pomyślałam sobie jak wiele się zmieniało. Oprócz tego że nie kupiłabym już grahamki to na pewno nie napisałabym że nie mam co ze sobą zrobić! Jestem szczęśliwa! Jak to możliwe? Można by napisać przepis na sukces i wysłać może na jakiś konkurs bo to naprawdę ciekawe.... a i może bym coś wygrała!

Długo nie wiedziałam co ja właściwie mam ze sobą zrobić. Skończyłam właśnie studia- Filologię klasyczną, jak kulą w płot jeżeli chodzi o zatrudnienie. Na pewno nie chce uczyć nikogo łaciny, jeszcze by tego brakowało żeby ludzi takimi nieszczęściami dręczyć!

To co ja niby mam robić! Myślałam.... Był czerwiec.
Wsiadłam do czwórki,  jechałam do centrum, wyjątkowo nie na rowerze. Pękła mi opona i musiałam kupić nową. Nagle oczywiście niewiadomo skąd, pojawił się w czarnym stroju w czapce tuż przy mnie wysoki kanar. Rany, ja jeżdżę na rowerze, wyjątkowo tramwajem a że bilet trzeba to zapomniałam na śmierć. I zaczynam opowiadać o swym losie bezrobotnej bez pomysłu. Na to on mi mówi : „Kobieto weź się w garść podejmij jakąś decyzje i już” Jaką decyzje pomyślałam sobie, jak ja nie mam żadnych planów. Puścił mnie bez kary. A ja poszłam do sklepu po dętkę. I tak wybieram, szukam i słyszę jak dwóch facetów rozmawia o wyprawie do Grecji, o tym że jadą na wykopaliska archeologiczne i że rozchorował się konsultant a wyprawa rusza za 3 dni. I nagle pomyślałam sobie, że może to coś dla mnie , może to czas na decyzje? I podeszłam do nich tak w ciemno, po prostu podeszłam i zaczęłam się wypytywać.

Pojechałam z nimi, dziś jestem w pięcioosobowym teamie, który pracuje na zlecenia władz lokalnych, które przeprowadzają badania dotyczące znalezisk. Kiedy nie jedziemy na wyprawę, chodzę na szkolenia- jest tyle ciekawych rzeczy żeby się dokształcić, poza tym mam większą możliwość zatrudnienia w innych wyprawach . Znalazłam swoje miejsce na ziemi i swoich ludzi. To co najistotniejsze. Czuje się kobietą sukcesu, a receptą na ten sukces, jest wiara we własne siły  i umiejętności, podejmowanie ryzyka i szczęście, tak sądzę no i może miły kanar, który zmotywuje.

 

Małgorzata Jezierska, „ Recepta na sukces”

Co mogłam wiedzieć o sukcesie jako mała dziewczynka wychowana w leśniczówce, z poczuciem własnej wartości wielkości małej poziomeczki?

Niewiele, jednak starałam się nie zawieść rodziców, dlatego też byłam bardzo dobrą uczennicą. Skończyłam szkołę podstawową, liceum ogólnokształcące oraz studia i zdobyłam tytuł mgr inż. Poczucie wartości troszkę wzrosło do wielkości średniej poziomki, ale jednak nie na tyle by przebojem wejść w świat pracy zawodowej.

Nie mniej jednak wszechświat zadbał o mnie i zaczęłam pracować w Kancelarii Premiera, praca ciekawa, satysfakcjonująca, a poczucie własnej wartości wielkości średniej poziomki.

Po kolejnych zmianach ekipy rządzącej podziękowano mi i zostałam bez pracy.
Depresja, poczucie wartości mniejsze niż mała poziomeczka.

Po 1,5 roku znowu Kancelaria przypomniała sobie o mnie, wpadłam w wir pracy, ale tak pokochałam swoją pracę, że nie czułam zmęczenia, byłam szczęśliwa. Poczucie własnej wartości wzrosło do wielkości truskawki.

Po 4 latach znowu zmiany polityczne i znowu szukanie pracy, ale tym razem po wcześniejszych doświadczeniach „nie dałam się”, co prawda poczucie wartości odrobinę zmalało, ale depresja była mi obca.

Postanowiłam, że tak łatwo się nie poddam, że skoro przeszłam drogę od „maleńkiej poziomeczki” do truskawki, to może warto dalej walczyć. Znalazłam pracę, ale już nie tak satysfakcjonującą i postanowiłam: a może własny biznes? Wiele wątpliwości, syndrom „maleńkiej poziomki” cały czas się odzywał, a jednak znalazłam kurs dla kobiet chcących zmienić coś w swoim życiu. Skończyłam go, napisałam biznes plan i zdobyłam grant, założyłam firmę. Poczucie wartości wzrosło do wielkości truskawki.

Teraz mam następny pomysł i bardzo chcę go wcielić w życie. Czuję, że byłabym szczęśliwa realizując ten projekt i może wreszcie zostałabym na stałe z moją dużą truskawką.

W tym roku kończę 50 lat, przeszłam daleką drogę od małej zakompleksionej dziewczynki do coraz bardziej świadomej swojej wartości dojrzałej kobiety. Wiem, że jeszcze przede mną nowe wyzwania, ale wiem także, że jestem w stanie poradzić sobie ze wszystkim. Może moje poczucie wartości nie będzie nigdy wielkości arbuza, ale mam nadzieję, że nie wróci do maleńkiej poziomeczki.

Mam wspaniałego męża i cudowne dzieci, ich miłość daje mi siłę.

Wiem, że nie odniosłam spektakularnych sukcesów, ale powoli krok po kroku zdobywałam postawione przed sobą cele - może dla innych nie takie wielkie –dla mnie były małymi sukcesami.
Miłość najbliższych i przezwyciężanie własnych kompleksów nie dla wszystkich będzie dobrą ”receptą na sukces”, ale w moim życiu taka recepta zdaje egzamin.


Magdalena Kasperowicz, Opowieść o talentach
Dawno, dawno temu były sobie dwie siostry. Starsza – Kasandra i młodsza – Sonia. Różniły się obie niczym dwie krople wody zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznie. Kasandra o kruczoczarnych włosach, pięknych dłoniach z długimi palcami i pięknym głosem była bardzo pewna siebie. Sonia była zaś drobna, delikatna niczym kruszynka, o marchewkowych włosach i ledwie słyszalnym glosie. Obie jednak łączyło coś jeszcze poza więzami krwi. Miały bowiem to samo hobby – obie lubiły malować. Ale nawet i to zainteresowanie wykorzystywały na swój sposób.

Kasandra o ogromnym talencie malarskim, siadywała w samym środku starego miasta, tuż przed pałacem królewskim, rozstawiała sztalugę i blejtram. Następnie wokół rozkładała pędzle i farby. Dopiero wtedy zaczynała malować. Były to najczęściej budynki i otoczenie. Ludzie przechodzący obok podziwiali jej talent i niezwykłą urodę. Za każdym razem gdy pojawiała się w mieście wokół tworzyło się małe zbiegowisko.

Sonia natomiast siadała w zaciszu starego dębu, który dawał jej schronienie przed słońcem, a szum jego gałęzi koił jej zmysły. Na małym płótnie, swoimi równie małymi rączkami malowała zwierzęta oraz wozy przejeżdżające polną dróżką. Nikt nie podziwiał jej talentu, bo i nie było komu, a i talent nie był tak wspaniały jak starszej siostry ...

Pewnego dnia, sam król słysząc o talencie Kasandry zaprosił ją, by namalowała mu portret. Od tego czasu dziewczyna nie chciała już malować na ulicy (skoro sam król docenił jej talent). Po tym, jak namalowała wizerunek samego władcy i wieść o jej niezwykłym darze obiegła cały kraj, Kasandra postanowiła oszczędzać swój talent. Rysowała tylko raz w miesiącu, a potem raz w roku i rzadziej tylko na zamówienie książąt i królowych. Płacono jej natomiast tak dużo, że nie musiała martwic się o utrzymanie.

Tymczasem młodsza siostra codziennie wyruszała w tę samą trasę z płótnem i farbami w dłoni. Siadała w pobliżu ukochanego dęba i rozpoczynała swój codzienny rytuał. Zwierzęta przyzwyczaiły się do niej tak bardzo, że zdawały się pozować do licznych obrazków Soni. Ta zaś odwdzięczała im się malując coraz to lepsze prace.
Minęło wiele lat. Kasandra dostawała coraz mniej zamówień, gdyż w okolicy pojawił się nowy malarz międzynarodowej sławy. Od kilku lat nie trzymała w dłoni pędzla, nie czuła tak dobrze znanego zapachu farby. Coraz bardziej martwiła się, że już nigdy nikt nie poprosi ją o żaden portret. Zatęskniła za starymi czasami, gdy siadywała na starym mieście i wszyscy podziwiali jej obrazy. Nie mogła jednak tam wrócić – wstydziła się. Chęć malowania była jednak silniejsza. Wyciągnęła sztalugę, i niedokończony obraz sprzed lat – zamek na wzgórzu otoczony drzewami. Zmieszała farby i podniosła pędzel. Farba chlapnęła na jedną z wież. Malarka postanowiła to poprawić, ale spostrzegła, że nie ma już takiej sprawności w rękach, które pokryły przedwczesne zmarszczki. Z niedowierzaniem raz jeszcze sprawnym ruchem postanowiła położyć lazur na niebie, ale i tym razem straciła nad dłonią kontrolę. Czarnowłosa niegdyś Kasandra usiadła i zaczęła płakać. Najpierw z wściekłości, a potem z żalu nad zmarnowanym talentem. W głowie zaświeciła jej myśl, żeby wszystkie swoje obrazy zniszczyć.

Wzięła jeden z nich, żeby wyrzucić go do starej stajni. Biegła z obrazem w dłoni co sił, otworzyła drzwi i już miała rzucić swe dzieło z impetem, gdy oczom jej ukazał się niecodzienny widok. Mnóstwo obrazów i obrazeczków. Przez głowę przebiegła tylko jedna myśl – „Sonia”. Niektóre obrazki już trochę zakurzone były nieudolne i śmieszne, ale im bliżej wejścia, tym kreska była  łagodniejsza, bardziej przemyślana. Po prawej stronie, przy samym wejściu przykuł jej uwagę przepiękny jeleń. Kasandra zamarła z zachwytu – nigdy wcześniej nie widziała czegoś tak pięknego. Zwierze spoglądało na nią łagodnie, skubiąc jednocześnie zielonozłocistą trawkę. „Jakie to piękne” krzyknęła raz jeszcze z zachwytu Kasandra i wybiegła ze starej stajni aby uściskać siostrę. Chciała ją też poprosić by narysowała jej portret i pozwoliła patrzeć jak maluje.

 
Anna Serdak, Recepta na sukces?

Zadając sobie to pytanie, muszę najpierw odpowiedzieć na inne – co to właściwie jest sukces? Każdy może definiować go nieco inaczej i przez to wytyczać sobie różne drogi do jego osiągnięcia. Człowiek sukcesu to ten, który więcej zarabia; ma większą władzę; jest traktowany z szacunkiem, na jaki zasługuje; realizuje swoje marzenia a przy tym jest wierny sobie. Wystarczy tylko jeden czynnik, aby osiągnąć sukces, choć najlepiej oczywiście spełnić wszystkie wymagania. Idąc dalej – kobieta sukcesu kojarzy się z osobą, która realizuje się w pracy, ale jednocześnie nie traci równowagi pomiędzy życiem zawodowym a rodzinnym. To taka kobieta, która ma czas dla siebie, jest dobra w tym, co robi a jednocześnie nie zatraca się całkowicie w żadnym z rejonów swojego jestestwa. Praca nad sobą jest najlepszym znanym mi sposobem na osiągnięcie wytyczonego celu. 


Ciągły rozwój zawodowy i zadowolenie z tego, co się robi to jedno. W tym temacie najważniejsze to nie bać się zmian, być asertywnym i walczyć o swoje. Mówi się, że kobiety są miękkie, mało ekspansywne. I moim zdaniem często tak jest, dlatego warto nad tym popracować. Wiara w siebie i we własną wiedzę, umiejętności oraz możliwości czyni cuda. Pozytywne myślenie i pewność siebie są coraz częściej postrzegane jako zalety nie zaś widziane jako przemądrzałość i nadmierny optymizm. Energia, jaką w ten sposób emanujemy może porazić i zarazić niejednego. Czy to takie trudne? Hmmm… sama się tego uczyłam latami i nadal zgłębiam ten obszar.


Drugim aspektem jest zadowolenie z własnego wyglądu i świadomość swojego ciała. Zrzucenie paru kilo jest dla niektórych kobiet sukcesem przez duże S, o ile wagę udaje się utrzymać na dłużej. W tym aspekcie – żadne diety cud nie są w stanie zastąpić porządnego treningu na siłowni czy fitness’u. Na własnym przykładzie wiem ile męczarni i udręki kosztowało mnie odmawianie sobie jedzenia, słodyczy, ciągłe głodzenie się. Zamiast tego – sport w dowolnej postaci sprawił, że po pierwsze nie chce mi się tyle jeść a po drugie że mogę jeść więcej! Nie żałujcie dziewczyny czasu na sport. Ćwiczenia pobudzają także umysł – można dzięki temu pracować efektywniej, wykorzystując zaoszczędzony czas na gimnastykę.


Życie prywatne? No cóż – która z nas nie chciałaby księcia z bajki? W tym temacie się jednak nie wypowiem – każda z nas ma inne wyobrażenie związku i inaczej widzi swoją rolę w nim. Własny dom lub mieszkanie? Warto wytyczyć sobie termin, kiedy wyobrażamy sobie, że zamieszkamy w swoim wymarzonym miejscu i do tego terminu dążyć, robiąc wszystko, aby go utrzymać. Deadline’y są dobrą motywacją! 


No i ostatnia sprawa – jak zrobić, aby to wszystko pogodzić? Dobra organizacja czasu to podstawa! Po co wracać się do domu po pracy, skoro od razu można iść na siłownię? Jak nie spędzać długich godzin w sklepie? Przygotować sobie listę zakupów, albo ją przemyśleć w drodze do sklepu i nie chodzić w najbardziej obleganych godzinach, kiedy kolejki dochodzą do połowy półek sklepowych. Czytać książki i słuchać muzyki w metrze, autobusie czy tramwaju. Prowadząc auto włączyć książkę audio. Nie siedzieć godzinami w pracy tylko po to, żeby sprawić dobre wrażenie itd. itp. A kiedy już mamy dość życia w biegu dobrze jest wziąć gorącą kąpiel przy świecach, posiedzieć godzinę czy dwie z gorącym kakaem i książką, obejrzeć dawno zaplanowany film, ale robić to świadomie –nie wyskakiwać biegiem z wody albo przerzucać nerwowo strony książki, tylko raczej pomyśleć o tym jak w tym momencie jest mi dobrze i błogo…
No, kobitki! Do dzieła!!!

 

 

Anita Buczkowska, Zazdrostka, czyli sukcesy zazdrośnicy

Mam niezwykle inspirujących sąsiadów. Codziennie, od czterech czy pięciu lat, mijam ich kuchnię. Najczęściej dzieje się to przed świtem lub tuż po zmierzchu, bo pracę mam wymagającą.

Moi sąsiedzi mieszkają na parterze i od przechodniów na chodniku dzieli ich tylko zespolona szyba i haftowana bawełniana zasłonka. Zawieszony w jednej trzeciej wysokości okna biały materiał stoi na przeszkodzie moim wścibskim oczom, a równocześnie pobudza wybujałą wyobraźnię.

Często, kiedy ich mijam wieczorem czuję ukłucie zazdrości na myśl o lekkiej i wykwintnej kolacji, którą jedzą pewnie o tej porze. Wstępuję wtedy do warzywniaka (na szczęście i on jest po drodze) i kupuję świeże warzywa na sałatkę.

Któregoś ranka, pod koniec zeszłego lata, zauważyłam że ściany ich kuchni zmieniły kolor z żółtych na oliwkowe. Wyobraziłam sobie, że musieli zmienić meble, a następnie dostosować do nich kolor ścian. Na Boże Narodzenie sprezentowałam sobie piękny okrągły stół i cztery wyściełane krzesła. Ścian malować mi się nie chce, a poza tym nadal uwielbiam ich kolor.

Ćwiczenie dla żądnej sukcesów zazdrośnicy
Pomyśl o kimś, komu najbardziej zazdrościsz powodzenia.
Zastanów się, jaka mogła być droga tej osoby. Poświęć jej czas: wpisz miejsca, które odwiedza, strony z których korzysta, książki i filmy, które czyta. Nie musisz wiedzieć, czy tak jest faktycznie, posłuchaj SWOJEJ intuicji. (zastosuj tylko raz, przez maksymalnie jedną dobę)
Następnie zapomnij o tym, kto to był i jak się nazywa. (rano, na czczo, popijając małymi łyczkami gorący napój)
Korzystając ze sporządzonej listy czytaj, odwiedzaj miejsca, słuchaj muzyki i przyglądaj się życiu. (stosuj wg. potrzeb, ale nie zaniedbuj się w tej praktyce)

Potem bądź już tylko cierpliwa i łagodna dla siebie. Przygotuj się na sytuację, w której poczujesz potrzebę działania na nieznanym dotąd polu. Nawet jeśli będziesz miała wrażenie, że jesteś nieracjonalna, nieprofesjonalna, czy może nawet niedorzeczna, nie powstrzymuj tego - to naturalny, twórczy odruch.

Kiedy po raz pierwszy twoje "niepoważne" próby zostaną potraktowane serio, nie tłumacz się ani też nie udawaj, że nie masz z tym nic wspólnego. Nadal słuchaj intuicji, przede wszystkim w sprawie tego, kogo pytać o drogę.

Podejmując się nowych zadań nie myśl o tym, czy spotka cię w efekcie nagroda, czy też przypłacisz ten eksperyment rozczarowaniem. Skup się  na wrażeniach, jakie niesie ze sobą każda sytuacja. Jeśli cię cieszy, zanurz się w radości, jeśli ci nie pasuje, bądź ze sobą szczera.
I najważniejsze, Droga Zazdrośnico - od początku do końca - dbaj o to, abyś to ty miała pierwszeństwo w definiowaniu własnych sukcesów. Nie wyrzekaj się tej przyjemności!


Małgorzata Ożóg-Wierzbicka, Dwie bajki jeden morał

Był ciepły sierpniowy wieczór, ciemne ulice rozświetlało morze świateł, a powietrze tańczyło nad rozgrzaną ulicą. Anna (ładna 30 letnia dziewczyna) wracała swym nowym sportowym autem do domu. Zaparkowała auto i szybkim krokiem ruszyła w stronę swojego mieszkania. W głowie analizowała jeszcze rozmowę z klientem i robiła szybki bilans tego co w tej sprawie musi jeszcze dziś zrobić. Otworzyła drzwi swojego pięknego, wielkiego mieszkania, zapaliła światło i uśmiechnęła się smutno na widok radośnie merdającego ogonkiem szczeniaka.


W tym samym czasie gdzieś na obrzeżach Warszawy, w małym, wynajętym mieszkaniu, 25 letnia Małgorzata układała synka do snu. Jej mąż zdążył odpocząć już po pracy i opowiadał jej, jak mu miną dzień. Małgorzata nie pracowała, zaraz po obronie pracy magisterskiej urodziła dziecko i poświęciła się opiece nad nim. Musieli, więc utrzymać się ze skromnej pensji urzędnika państwowego, jakim był jej mąż.


Co łączy te dwie historie? Niewiele. Co różni? To że jedna z tych kobiet osiągnęła sukces. Małgorzata. Nie, nie pomyliłam imion.


Anna ma 30 lat i dobrze płatnie, kierownicze stanowisko. Ma pieniądze, ale nie ma czasu ich wydawać. Ma piękne mieszkanie, ale czeka w nim na nią tylko pies, który nie wiadomo czy bardziej się cieszy na jej widok czy dlatego że, zaraz, nareszcie wyjdzie na spacer. Na miłość, szczęście, rodzinę zabrakło czasu.


Małgorzata natomiast już osiągnęła swój sukces. Ten podstawowy, najważniejszy: jest szczęśliwa. Wciąż idzie do przodu i podnosi poprzeczkę bo wie że nawet jak spadnie, to jest ktoś, kto złapie ją za rękę. Ma kochającego męża i cudowne dziecko. To oni dają jej wsparcie i siłę by mogła iść dalej, osiągać więcej i przesuwać granice swojego sukcesu coraz wyżej. Teraz zakłada swój własny biznes i wie że jej się uda bo nie jest z tym sama i na pewno osiągnie sukces również zawodowy. A gdy skończy 30 lat to też będzie miała własne mieszkanie, ale piękniejsze i bogatsze, bo będzie mieszkała w nim miłość i szczęście. Skąd wiem to wszystko? Wiem, bo to ja nią jestem i wiem na jak dużo mnie stać!


Moja recepta na sukces? Świadomość, że sukces mieszka w nas, nie w naszym portfelu. Pieniądze szczęścia nie dają, ale szczęście daje siłę by po nie sięgnąć. Wspinaj się po drabinie sukcesu i ciągle przesuwaj poprzeczkę swych dążeń, ale po drodze nie zapomnij, że najważniejsze jest to, by mieć kogoś, kto cię złapie jeśli zaczniesz spadać.

 


Sabina Sosnowska:

Sukces. Pożądany przez każdą z nas. Ale dla każdej znaczy co innego – może to być spełnienie się w roli żony i matki, intratna posada, najnowsze BMW, konto w szwajcarskim banku, zakupy u Prady, szczęśliwa rodzina, wolność, podróże po całym świecie, dom z ogródkiem, własnoręcznie zrobione na drutach szaliki dla dzieci, w kuchni warzywa z własnej hodowli, uśmiechnięty mąż. Ile kobiet, tyle wyobrażeń sukcesu.

Mam na imię Sabina, mam 25 lat i uważam, że osiągnęłam w życiu sukces, co wcale nie znaczy, że spoczęłam na laurach:) Dla mnie sukces to zadowolenie z siebie i samoakceptacja, ukochany mężczyzna u boku, który wkrótce zostanie moim mężem. Ja już jestem szczęśliwa. Oczywiście, mam jeszcze wiele celów, które chcę zrealizować, i marzeń, które chcę spełnić. Ale to będą tylko dodatki, bo to, co najważniejsze, już mam.

Zapewne zapytacie: Ale jak to? Jeszcze nie wszystkie marzenia spełnione, a Ty już jesteś szczęśliwa?? A więc po kolei….

Przypominam, drogie Panie, że należy się cieszyć z każdej drobnostki, a nie czekać, aż się wygra milion w lotka. Każdego dnia spotyka nas coś dobrego, tylko należy to zauważyć i docenić. Uśmiech nieznajomego, nowa fryzura, kwitnący kwiat, motyl – to są również powody do radości!!!!

Po pierwsze. ZADOWOLENIE Z SIEBIE I SAMOAKCEPTACJA. Potwierdzam, trudno jest ten stan osiągnąć, ale naprawdę warto zrobić to dla siebie. Ja zaakceptowałam siebie taką, jaką jestem naprawdę: z moimi wadami, przyzwyczajeniami, obawami i niepotrzebnymi nawykami. Nie jestem idealna i raczej nie będę. Ale podobam się sobie i jestem z siebie dumna. To moje wcześniejsze doświadczenia składają się na moją osobę. Jestem wyjątkowa.

Po drugie. UKOCHANY MĘŻCZYZNA. Wierny, czuły i troskliwy. Zaradny i przystojny. Ale też okropny nerwus. Bałaganiarz. Fan sportu, ale tylko w telewizji:) On Baran, ja Wodniczka – mieszanka wybuchowa:) Ale pomimo tego, że nikt w nas nie wierzył, nadal jesteśmy razem. Za nami wiele kłótni, cichych godzin, obrażania… Ale to za nami. Dotarliśmy się. Nadal każdy ma własne, najczęściej odmienne zdanie. Ale już nie marnujemy czasu na kłótnie, nie warto. Staramy się spokojnie rozmawiać, przedstawiać konkretne argumenty, mówić o swoich przemyśleniach. Do dziś wiele osób się dziwi, że jesteśmy wciąż ze sobą, bo właściwie więcej nas dzieli niż łączy: pochodzenie, wykształcenie, charakter. Ale się kochamy i chcemy być ze sobą. Codzienność nie jest łatwa, ale się nie poddajemy.

Tak więc moje drogie, moja rada dla Was: ŻYJCIE PO SWOJEMU!!! Spełniajcie swoje marzenia, róbcie to, co Wy chcecie, nie zważajcie na konwenanse, bo to Wy macie przeżyć swoje życie, spełniać się i osiągnąć sukces!!!

A JA, KOBIETA SPEŁNIONA, TRZYMAM ZA WAS KCIUKI:)

 


Anna Wieruszewska-Puto, Sukces ?

Zdradziłam męża. Całkiem świadomie, z wielką przyjemnością, bez upojenia alkoholem, który uelastycznia kręgosłup moralny. Zrobiłam to kilka godzin po tym, jak odebrałam nagrodę Pulitzera. Powiedzieli, że dobrze piszę, że mam niebywałą umiejętność słuchania, że wykazuję ogromną empatię, a mój reportaż był najważniejszym tekstem roku. Że to wielki sukces. Że jestem odkryciem dekady.

Dodali, że opisuję świat wyjątkowym, wyrafinowanym językiem, którego celność jest porównywalna do strzału snajpera. Tak powiedzieli. Uznałam, że musiałam to odziedziczyć po matce. Celność jej uwag postrzeliła mnie dziś po raz kolejny w serce. „Jak ja Cię wychowałam? Jesteś podłą egoistką” – podsumowała mnie i moje życie na koniec nieprzyjemnej kłótni. Kolejnej, zwykłej, przypadkowej. Przemilczałam to, bo zapewne miała rację. Ale na końcu zagryzionego języka czekała odpowiedź: „Nie ma ludzi zawsze dobrych, mamo.. staram się…”.

Nie powiedziałam jej, że zdradziłam męża. Nigdy też nie napiszę książki, ani reportażu o tym. Ani nie napiszę o kłótniach z matką. Bo nie jestem reporterem własnego życia. Bo moje życie to nie półka, na której spoczywają nagrody.


Joanna Wójcicka
Siedziała przy biurku, zmęczona intensywnym dniem pracy. Jej ekran komputera zbyt szybko zmieniał obrazy. Przeskakując z portalu na portal, ze strony na stronę, nagle znalazła się wśród ogłoszeń. Zamarła…

Zaczęła czytać na głos - „rozmarzonej, romantycznej, inspiracji mi brak… by pomysły na dokończenie książki, nad którą pracuje powróciły. Ulotniły się gdzieś i jest ich brak…”
Co za język?! – w swoich myślach syknęła z bólu niepoprawności gramatycznej.
Jednak ogłoszenie wciąż ją elektryzowało. Zamknęła komputer.

Długa kąpiel pod prysznicem zawsze przynosiła ulgę. Prysznic był też miejscem relaksu. Tam czasem płakała. Tam prowadziła tysiące rozmów w swojej głowie. Teraz stała zasłuchana w krople wody, ale wciąż w jej głowie brzmiały słowa „rozmarzonej, romantycznej, inspiracji mi brak…”. Wybiegła spod prysznica i ponownie usiadła przy biurku. Bez trudu odnalazła ogłoszenie i napisała krótki mail…

On był malarzem, tworzył poezje i pisał o sztuce. Przygotowywał się do kolejnej wystawy w Japonii. Brak mu było… inspiracji. Dzieliła ich odległość Warszawa-Berlin, ale łączyło coraz więcej. Czekali na swoje listy, na zawarte w nich uwagi, opinie i pomysły. Wymieniali się poglądami, dyskutowali o wszystkim. Każdy temat był odpowiedni, każde słowo wchłonięte z uwagą. Z czasem odległość nabierała innego znaczenia.

Kiedy pewnego majowego dnia zawitał do Warszawy miał dla niej dwa prezenty. Pierwszym była Jego pastel (pamiętał o Jej urodzinach). Poczuła się wyjątkowa, kiedy przyznał, że z uwagą wybierał ten obraz dla Niej. O drugim prezencie dowiedziała się chwilę później. Siedzieli w małej warszawskiej kawiarence. Rozkoszowali się swoimi słowami, w końcu wypowiadanymi z realnych ust. Chłonęli swoje głosy. On był pod wrażeniem Jej słów, stylu, ich doboru i układania obok siebie w myśli, zdania. Te zdania wprowadzały w Jego życie harmonię i dawały energię do tworzenia. Ona zaś czuła spokój, który płynął razem z wypowiadanymi przez Niego słowami. I nagle zamarła. Czas się dla niej zatrzymał, nie rozumiała, co do niej mówił. Słyszała Jego słowa, ale wciąż nie rozumiała. A On spokojnie je powtórzył „Chcę byś napisała tekst do albumu z wystawy moich prac. Chcę by inni także poznali to, co o nich myślisz. Chcę… Proszę… byś pomogła mi w zorganizowaniu wystawy w Polsce. To moja propozycja, co o tym myślisz?”  Wpatrywał się w Nią, a Jej nagle zabrakło słów.
Choć w głowie toczyła się wojna, Jej oczy mówiły wszystko. Wiedziała, że jeśli się zgodzi będzie musiała zrezygnować z dotychczasowej pracy. Ale czy nie na taką propozycję czekała. Było to spełnienie Jej marzeń. Większą część życia marzyła o świecie kultury i sztuki. Jej wykształcenie i pasja… Wciąż się uśmiechała, a On czekał na odpowiedź. „Tak!” – Wykrzyknęła. Czuła jak rosną jej skrzydła, jak świat staje się piękniejszy, a uśmiech coraz szerszy. Wiedziała, że rusza na podbój świata i czuła, że Jej się to uda.

Wystawa odniosła sukces. Jej komentarze odbiły się szerokim echem w świecie. Została cenionym krytykiem sztuki. Codziennie się uśmiecha, bo dzisiaj dzieje się także dalsza część ogłoszenia, które brzmiało „… myślę o kobiecie, kochance, przyjaciółce…, która swym urokiem zaczaruje mnie… tak po prostu i oczaruje…”.

Czasem tylko pod prysznicem wraca do dnia, w którym przeczytała to ogłoszenie i zastanawia się jak wyglądałoby Jej życie gdyby wtedy nie napisała maila… W odpowiedzi tylko się uśmiecha…

Dla wszystkich czytelniczek życzenia ODWAGI W ŻYCIU!




Danuta Jastrzębska
Opowiem krótko o moim dzisiejszym sukcesie.
Każdy z nas co innego uważa za sukces.
Dla mnie na różnych etapach mojego życia sukcesem były różne rzeczy np. zdobywanie wykształcenia, kupienie mieszkania nie posiadając funduszy i zdolności kredytowej, zwiedzenie Polski, Europy i kawałka świata, praca z wieloma ludźmi w różnych miejscach i zawodach itp.
Dzisiaj za sukces uważam moje codzienne przekraczanie siebie, by żyć „w teraz”. Z przeszłości korzystać jak ze skarbnicy mądrości i przez zaangażowanie całej siebie w to co się angażuję wychodzić na spotkanie najlepszej dla mnie przyszłości.

Życzę wielu sukcesów i pozdrawiam


Marta Ciesielska

"Możesz mieć wszystko, robić wszystko albo być wszystkim, czym chcesz."(Dr Joe Vitale)

Piękne słowa, na wagę złota, ale kto w nie uwierzy? No właśnie, jak się przekonać i odnaleźć sens tego przesłania? Każdego dnia zadawałam sobie pytania typu: Dlaczego to wszystko jest takie trudne? Gdzie iść? Jak pokonać złe myśli? Co zmienić, by w nocy spać spokojnie i nie budzić się o 3.00 w nocy i zamartwiać się wszystkim? Myślałam sobie: „Ciągle jakieś zaległości układają się, jak pranie na kupce, rośnie ona tak szybko, że niedługo wszystko się zawali, a ja nadal będę niespełniona i niespokojna”. Mam nadzieję, że każdy ma w życiu takie chwile, kiedy Aniołki pukają do głowy i podsuwają tzw. „dobre pomysły”. Te pomysły, to nic innego, jak recepta na czyste sumienie i spokój ducha.:


Wszystko zaczęło się rok temu, od świątecznych prezentów. Postanowiłam podarować mamie książkę, bo wcześniej wspomniała, że ma wielką ochotę i czas na tą przyjemność. Ku mojemu zaskoczeniu wybrałam dla niej książkę, myśląc od razu, że jak się jej nie spodoba, to ja chętnie ją pożyczę „na wieczne oddanie”. Jakie to egoistyczne z mojej strony, pomyślałam od razu, ale…nie, to po prostu wielka potrzeba kupienia TEJ właśnie książki, mnie wówczas ogarnęła. Magiczna siła, która nie pozwoliła mi wyjść bez NIEJ z księgarni. Teraz wiem, że tak miało być. Nic nie dzieje się bez powodu, bo wszystko ma sens i określony cel. Dzięki TEJ książce, tytuł zdradzę na samym końcu mojej opowieści, zainteresowanych potrzymam jeszcze w niepewności: Jak to jest, że każdy chce być szczęśliwy, a nie każdemu się to udaje? Ja już wiem, dlaczego. Znam „Receptę na sukces”. To właśnie dzięki TEJ książce wszystko stało się dla mnie jasne. Na początek trzeba zrobić „wiosenne porządki” (jak tytuł artykułu w majowym Twoim Stylu), ciekawych zachęcam do lektury. To doskonały przepis na to, jak i w jakiej kolejności poukładać mniej/bardziej/ najbardziej ważne sprawy. Ja jestem tego zdania, że porządek musi być zawsze i wszędzie, a dobry plan to połowa sukcesu. Jestem przekonana, że sukces zależy tylko ode mnie, przekonałam się o tym wiele razy. SUKCES TO NICZYM NIEZASTĄPIONE POCZUCIE WŁASNEGO SZCZĘŚCIA.


Jeśli potrafimy myśleć pozytywnie o tym, czego chcemy i wierzymy, że tak będzie, to sprawimy, że to pojawi się w naszym życiu. Tak, to jest właśnie SEKRET naszego SZCZĘŚCIA! Nic nie ma takiej mocy, jak nasze dobre myślenie o sobie i o tym, że marzenia stają się rzeczywistością. Cała ich siła tkwi w naszej świadomości. Wracając do świątecznych prezentów, oczywiście mama dostała od Mikołaja TĄ książkę, podziękowała i odłożyła na półkę. Ja o niej przez jakiś czas zapomniałam, aż do chwili, kiedy szwagier (poważny i podchodzący do życiowych „problemów” z dystansem i spokojem) zafascynowany PEWNĄ książką, polecił mi bym ją przeczytała. Bardzo go szanuję i cenię, jest bardzo dobrym i mądrym życiowo człowiekiem. Zawsze z zaufaniem słucham jego porad. Jak tylko usłyszałam tytuł TEJ książki, od razu wróciłam pamięcią do przygody z księgarni. Od razu poprosiłam mamę, by mi ją pożyczyła. Niesamowite jest to, że TA książka zawiera odpowiedzi na wszystkie pytania, które do tej pory zrodziły się w mojej głowie i które nie pozwalały mi spokojnie spać. Sekret w tym, że wszystko w naszym życiu zależy od naszych myśli. Dlatego z całego serca polecam POZYTYWNE MYŚLENIE i zachęcam do lektury SEKRETU Rhondy Byrne.

 


Ewa Rozenek-Oniszczuk, „PO PORAŻCE JEST CZAS NA SUKCES…”

Byłam trzydziestoletnią kobietą po przejściach. Miałam za sobą koszmarny, trwający pół roku związek małżeński z „damskim bokserem”. Strasznie rozpaczałam z powodu tej życiowej porażki. Dlaczego właśnie mnie spotkało takie nieszczęście? Przecież ani w bliższej ani w dalszej rodzinie nie było takich przykrych historii. Bałam w fatalnym stanie psychicznym i myślałam, że już nigdy nie zaufam żadnemu mężczyźnie.

Jednak, jak się okazało, czas leczy największe rany...i „że ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy…”. Dzięki wsparciu rodziny i przyjaciół powoli wracałam do równowagi. Wkrótce rozpoczęłam podyplomowe studia na Wydziale Zarządzania na Uniwersytecie Warszawskim, pracując jednocześnie jako asystentka prezesa firmy zajmującej się handlem zagranicznym.

Piętnastego listopada 1997 roku Agata-żona mojego kolegi ze studiów - zaprosiła mnie na swoje urodziny. Pojechałam do niej wcześniej, aby pomóc w przygotowaniach do przyjęcia. Wśród wielu zaproszonych gości, jako pierwszych miałam okazję poznać dwóch kolegów Agaty i Tomka, z którymi łączyła ich wspólna pasja chodzenia po górach. Paweł i Jacek byli sympatycznymi mężczyznami- kumplami ze studiów prawniczych. Bardzo miło nam się rozmawiało. Wymieniliśmy się nawet telefonami, ale była to raczej grzeczność niż obietnica podtrzymywania znajomości – tak mi się przynajmniej wtedy zdawało. Za jakiś czas zostałam zaproszona na „parapetówkę” do Jacka. Traktował mnie bardzo ciepło i wyjątkowo, co szybko zauważyła Agata. Podeszłam do tej adoracji z dystansem, ponieważ wciąż miałam w pamięci przykre doświadczenia z moim byłym mężem. Dodatkowo Agata ostrzegła mnie, że Jacek ma dość cyniczne podejście do kobiet. No tak, przypomniałam sobie zdanie, że prawnicy mają paragraf zamiast serca i w przypadku Jacka powiedzenie to sprawdziło się bardzo szybko.

Na początku grudnia 1997 zadzwonił do mnie z kolei drugi niedawno poznany kolega Paweł z przeprosinami, że nie odzywał się tak długo z powodu natłoku obowiązków w pracy. A jak się później okazało pracowaliśmy bardzo blisko siebie – mogliśmy wręcz pomachać do siebie ręką przez okno. I tak mój nowy „sąsiad” zaprosił mnie na kawę i przyjacielską rozmowę. Gadało nam się tak, jak byśmy znali się od dawna, mając przy tym bardzo podobne poglądy na wiele tematów. Jednocześnie Paweł zaskoczył mnie tym, iż wiedział, kiedy mam urodziny i powiedział, że jest moim bratem bliźniakiem, bo urodził się w tym samym dniu co ja. Ach ta Agata – dyskrecja nie jest jej najmocniejszą stroną.

Mijały kolejne miesiące mojego życia jako „singla”. Czasem niezobowiązująco spotykałam się z moim bratem bliźniakiem osobno, a czasem w szerszym gronie. Wydawało się, że taki układ odpowiada i mnie i jemu. Ja miałam pracę i absorbujące prawie cały mój wolny czas studia. Paweł poza pracą zawodową dużo czasu poświęcał na pomoc swoim schorowanym rodzicom i wyjazdom w góry.

Późną wiosną Paweł zaproponował mi, żebyśmy pojechali latem ze znajomymi na Mazury pożeglować, a następnie pochodzić po górach. Ponieważ uwielbiam i Maz

Partnerzy

Polecamy